Kiedy zaczęła się ta historia, był koniec czerwca, a do tego piątek; naprawdę niczego więcej nie chciałem od kalendarza. Parę dni temu skończyliśmy z Szymonem sesję, i tym razem obeszło się bez poprawek. Było bardzo ciepło, ale nie gorąco, a od morza wiał przyjemny wiatr. Zaczęli się zjeżdżać pierwsi wczasowicze oraz wymęczeni sesjami studenci i, co najważniejsze, studentki. Chciało się żyć, nic nie było w stanie zakłócić tej pełnej ekscytującego, radosnego oczekiwania atmosfery. Tak mi się wtedy wydawało.

Dochodziła druga i właśnie zabierałem się do myślenia o obiedzie. Cały dzień siedziałem w domu, nie licząc krótkiego spaceru z Kanabisem. Do południa leżałem i rozmyślałem o mojej pierwszej książce, którą miałem zamiar napisać. Potem wziąłem się za Joyce’a i zupełnie zapomniałem o śniadaniu, byłem więc już trochę głodny. Odłożyłem męczonego po raz chyba piąty „Ulissesa” i włączyłem Blank & Jones. Zrobiło się całkiem przyjemnie i, niestety, właśnie wtedy zadzwonił telefon.

Często nie odbieram domowego telefonu - wytrąca mnie z rytmu życia i rzadko jest do mnie, bo moi znajomi przeważnie dzwonią na komórkę. Jednak wtedy poczułem, że to może być coś ciekawego, a poza tym byłem sam w domu. Tańcząc w rytm muzyki, skierowałem się w stronę aparatu i po czwartym sygnale podniosłem słuchawkę. Taką mam zasadę: nie odbierać wcześniej niż po czwartym sygnale. W „Szamponowym świecie” Couplanda był taki jeden abnegat, który odbierał telefon dopiero po siódmym dzwonku. Tak mi się to spodobało, że postanowiłem robić to samo, ale żeby nie przesadzać, ograniczyłem się do czterech sygnałów. Jeżeli w ogóle zdecydowałem się odebrać, oczywiście.

 

***

 

Kawałek dalej, kilkanaście metrów przede mną, drzewa się przerzedziły; to było to, czego szukaliśmy. W tym momencie usłyszałem dźwięk, jakby stłumione piszczenie. Rozejrzałem się, czy w pobliżu nie czai się jakiś zwierz, ale było pusto. Ruszyłem powoli ku polance, nasłuchując i wpatrując się w przestrzeń między drzewami. Dźwięk się powtórzył. To musi być coś żywego - pomyślałem - zwierzę albo ptak. Przemknęło mi przez głowę, że to może być kot, ale szybko pozbyłem się tej myśli. Obejrzałem się za Szymonem. Mignął miedzy drzewami i chyba ciągle coś mówił. Znowu usłyszałem coś między miauknięciem a łkaniem i przeszły mnie ciarki. Stwierdziłem, że rozmowy i muzyka już zdradziły naszą obecność, więc zawołałem go. W tej chwili coś zaczęło szamotać się na polance i popiskiwać z większą częstotliwością. Byłem jakieś osiem metrów od tego miejsca i czułem się coraz mniej pewnie, ale Szymon już przedzierał się w moją stronę. Ruszyłem w kierunku polanki, nie idąc za szybko, żeby Szymon mnie dogonił, zanim tam się znajdę.

- Hej, znalazłeś! - wołał. - Brawo, byłby z ciebie świetny skaut!

- Ale tam coś jest, posłuchaj - uciszyłem go.

Byliśmy dwa metry od granicy drzew. Nic nie było przez nie widać, bo polanę dodatkowo zasłaniały krzaki. Zatrzymaliśmy się. Szamotanie ustało, ale jękliwe łkanie było dobrze słyszalne.

- Chyba właśnie to słyszałem wcześniej. - Szymon zaczął się skradać dużymi krokami, zrobił przy tym wielkie oczy i wyszeptał z udawanym przerażeniem: - Może to kot?

Spojrzałem na niego wymownie. Wyszliśmy spomiędzy drzew prawie jednocześnie, jeszcze tylko rząd krzaków i stanęliśmy na skraju zarośniętej trawą i krzakami polany o średnicy około dziesięciu metrów.

 

***

 

Chciałem, żeby było inaczej, ale milcząc, przyznałem mu rację. Szymon nosi w portfelu wszystkie dokumenty, i nie musiałem pytać, czy tam były - widziałem to po jego minie. Siedzieliśmy odrętwiali w ciszy, i mimo że byłem w domu, w swoim pokoju, nie czułem się bezpiecznie. Paliło się światło, ale w powietrzu czaił się gęsty mrok i coś ciężkiego zawisło nad nami. Szymon podniósł się, odkręcił butelkę rumu z colą, którą zabrał z auta, i duszkiem wypił połowę, potem wyciągnął ją w moją stronę; dokończyłem resztę. Rozchodzące się wewnątrz słodkie pieczenie sprawiło, że poczułem się lepiej, ale potrzebowałem jeszcze jednej rzeczy. Poszedłem do pokoju Roksany. Chowała to przed rodzicami, ale ja wiedziałem, gdzie szukać.

Po chwili wróciłem z paczką marlboro light w ręce. Nie paliłem od kilku lat, oprócz dżointów co jakiś czas, ale drżącymi rękoma wyłuskałem papierosa i zapaliłem. Pierwsze zaciągnięcie zemdliło mnie, ale drugie dało odrobinę błogości. Poczułem swędzenie w podeszwach stóp i oparłem się wygodnie. Szymon patrzył na to obojętnie, ale po chwili też wziął papierosa i zaczął palić, mrucząc cicho. On też dawno rzucił, ale od paru godzin ciągle coś się działo, nie dając nam czasu na refleksję, i taka chwila spokoju była nam po prostu potrzebna.

Nagle uśmiechnąłem się. W tym całym chaosie było jednak coś pozytywnego. Przypomniałem sobie prześwitujący przez krzaki widok drobnej postaci wnoszonej do budynku pogotowia. Uśmiechałem się, patrząc na Szymona i widząc w pamięci, jak kilkanaście minut wcześniej dźwigał ją na rękach. Leżał teraz, zaciągając się papierosem, i wpatrywał w sufit - na wiszącą tam wielką flagę Bacardi, którą zwinąłem z naszego ulubionego pubu. Nie raz marudził, żebym mu ją dał, a ja zawsze mówiłem, że nie zasłużył. Czując na sobie wzrok, odwrócił się do mnie. Domyślił się, o czym myślę, i też się uśmiechnął.

- Jest bezpieczna - ni to spytał, ni stwierdził.

- Jest bezpieczna - przytaknąłem.

- A my, Lars? Czy my jesteśmy bezpieczni?

- Nie wiem, Szymon - powiedziałem, przełykając ściśniętym gardłem ślinę. - Nie wiem. Weźmy się w garść i zastanówmy, co robić. A jak już będzie po wszystkim, to dam ci tę flagę.

- Fajnie. - Uśmiechnął się smutno. - Teraz mam motywację.