WIRTUALNA POLSKA (www.wp.pl) – Kamila Michałowska – Recenzja Redakcyjna, 2006 I 18

 

Czas wolny od pracy czy nauki wzmaga chęć na tzw. imprezowanie, leniuchowanie, a także przygody. Zatem zgodnie z regułą posesyjnego lenistwa wakacyjnego, dwaj z lekka przeterminowani studenci, Lars i Szymon, podejmą się pochówku czarnego kocura pani Klary. Przy okazji „skoczą” ze Świnoujścia do Międzyzdrojów, by oddać książki koleżance, mniejsza z tym czy zwie się ona Basia, czy też Asia. A to, że w podróż powrotną zabiorą ze sobą dwa kolejne truchła hebanowych kocurów, natkną się na ofiarę mafii i staną do nierównej potyczki z Pitem, wzmaga dodatkowo apetyt na czytelnicze pochłonięcie Beczki soli Bartosza Łapińskiego zaliczanej do powieści sensacyjnej.


Jak wiadomo gatunek ten wywodzi się z powieści kryminalnej i powinien opierać się o: dobrze skonstruowaną intrygę, wartko toczącą się akcję, no i bohaterów, którzy doprowadzą przestępców do wrót paki. Debiut Łapińskiego zawiera wyżej wspomniane elementy, choć muszę przyznać, że momentami są one dopiero w stanie raczkowania. Niespodzianki i tajemnicze zbiegi okoliczności, jakie napotykają bohaterów, łatwo rozszyfrować i nie stawiają czytelnika przed pułapkami intelektualnymi nie do przejścia. Akcja toczy się dość interesująco, by po ponad połowie lektury „zaczęła rwać z kopyta” i zalała czytelnika krwawymi bataliami nierównej walki, w której standardowo wygrywa dobro. Przy tym wszystkim jest to opisane na sposób amerykański – dużo krwi, obrazów iście filmowych i łzawych pseudoschwarzeneggerów.

 
Niemniej jednak lektura nie jest mimo tych usterek nużąca i nieciekawa. Autor wplata dygresje na temat muzyki, a także umiejętnie przywołuje liczne grono pisarzy z górnej półki. Obok nazwisk Vonneguta, Schulza, Bułhakowa, Szekspira, staje również Tolkien. Powiedziałabym, że jest to nader zaskakujący koncept, by w powieść, w której pojawia się sporo mordobicia i strzelaniny, wpleść takie wybitności literackie. Choć przyznam, że ten pomysł jest sporym atutem książki. Dwaj przyjaciele, mianujący się nawzajem „górnolotnymi” określeniami: debil, idiota i kretyn, mimo wszystko okazują się, pomijając przekoloryzowane sceny starć z mafią, całkiem inteligentnymi i dobrymi facetami. I choć może Bartosz Łapiński nie napisał porażającej powieści sensacyjnej, to ten debiut godny jest uwagi. Miłe czytadło o tym, że przyjaciół poznajemy i wypróbowujemy w biedzie, a czarne koty potrafią przynieść szczęście.

 

 

ARTE, grudzień 2005, nr 4 – Artur Górski

 

Polscy twórcy coraz częściej przyklejają sobie etykietki, jedną z najpopularniejszych jest „polski Tarantino”. Po fetysza spod znaku Pulp Fiction sięgnął również literacki debiutant, Bartosz Łapiński, którego książka Beczka soli właśnie pojawiła się na rynku.

 

Sądzę, że to chwyt reklamowy, będący pomysłem wydawcy. Rozbudzone w ten sposób apetyty mogą zostać jednak niezaspokojone, bo Beczka soli ma się do Tarantino, tak jak karabin kałasznikow do procy.

 

Tarantino to bowiem świadomy pastisz gatunków artystycznych, krzywe zwierciadło, przeglądające się w krzywym zwierciadle, sztuka, tworzona z olbrzymim dystansem do rzeczywistości. Tymczasem Beczka soli, jak to zwykle bywa w przypadku młodych autorów, to rzecz jak najzupełniej na serio (choć lekka i w gruncie rzeczy wesoła), pokazująca bohaterów takimi, jakimi są w rzeczywistości.

Dajmy więc spokój porównaniom, i spójrzmy na Beczkę soli tak, jakby była dziełem polskiego Łapińskiego. Otóż mamy do czynienia z całkiem udaną próbą wskrzeszenia bardzo niegdyś popularnego, a obecnie trochę niemodnego kierunku, jakim jest powieść młodzieżowa. Tak – wydaje się, że Łapińskiemu bliżej niż do boskiego Quentina jest do Adama Bahdaja, Edmunda Niziurskiego czy Zbigniewa Nienackiego. Bohaterowie Łapińskiego, Lars i Szymon, są wprawdzie „letni” bo studiują, ale ich entuzjazm w odkrywaniu świata wydaje się wzięty niczym z przygód Pana Samochodzika.

 

Powieść zaczyna się banalnie – sąsiadce Larsa zdycha kot i nasz bohater, jako uczynny chłopiec, godzi się na pochowanie stworzenia. Razem z Szymonem udają się na ląd, czyli do Międzyzdrojów. Tam ma się odbyć ponura ceremonia. Jednak po drodze pojawiają się kolejne kocie trupy, a sytuacja znacznie się komplikuje...

 

Książkę Łapińskiego czyta się jednym tchem – tak jak Przygody Marka Piegusa – jeśli założyć, że konwencja Beczki soli jest zbliżona do tego literackiego archetypu; wówczas Łapińskiemu można wybaczyć nieco sztuczne dialogi i naiwną publicystykę (o politykach, którzy muszą mieć się na baczności, aby nie popsuć Świnoujścia). Uważam, że na wakacje jest to pozycja naprawdę godna polecenia, ...czyli ukazała się trochę nie w porę.

 

Najbardziej zaś rozbrajające jest to, że autor, na początku książki przeprasza czytelnika za to, że wkrótce pojawią się takie wyrazy jak „kurwa”, bo taki – niestety – jest dzisiejszy świat.

 

Ależ drogi Autorze – my to, kurwa, wiemy, i nawet to się nam trochę podoba...

 

 

LAMPA, październik 2005, nr 10 – Paweł Dunin-Wąsowicz, „Kawałek mięsa w ręku”

 

Nie tak wiele dzieli Larsa – narratora Beczki soli – od Silnego. Też mieszka nad morzem, jego kolega też jeździ używanym golfem i też ma przygody z policją. Debiutancka powieść 31-letniego Bartosza Łapińskiego to gotowy materiał na filmowy thriller. Kumple wybierają się na imprezę, znajdują w lesie zgwałconą dziewczynę a potem zaczyna się ostra jazda z dresiarzami. Lars i Szymon są nadzwyczaj sympatycznymi bohaterami w typie wiecznych studentów cytujących Couplanda i Bułhakowa, lubiących sympatyczne panny, batony z orzeszkami, piwo na plaży, rum z colą oraz ciężką muzykę graną przez długowłosych twardzieli (choć na koniec ulubioną piosenką Larsa okazuje się Nie nie nie T.Love). Sami okażą się też twardzielami i kiedy film według Beczki soli wejdzie na ekrany, publiczność będzie im biła brawo, bo im się będzie należało. Jeżeli identyfikujesz się z Larsem i Szymonem, z pewnością docenisz tę bardzo przyzwoicie skonstruowaną i trzymającą w napięciu powieść, młodzieżowy język oraz ich system wymierzania sprawiedliwości:

-Już więcej nikogo nie zgwałcisz... - szepnąłem.

Jednym ruchem szarpnąłem nóż w górę. Przeszedł bardzo łatwo, zostawiając mi w ręku kawałek mięsa.

 

 

Komentarz ze strony www.merlin.com.pl  - Beczka miodu dla misia  

Dorota Iwona Krychowiak  (2007-06-14 )

Ta książka to w dużym stopniu dokładnie to, czego nam potrzeba: wrażliwy autor (zdumiewające tym bardziej, że rodzaju męskiego, hi, hi), zgrabny styl, obrazowe opisy i generalnie coś, co nazwę prosto: talent i inteligencja. Nie kierujcie się okładką, skądinąd niezłą, ale pasującą moim zdaniem do sensacyjnej książki dla nastoletniej młodzieży. To wprawdzie też książka od młodzieży i dla młodzieży (autor i ja w każdym razie jesteśmy z tego samego rocznika), ale bardziej tej "młodzieży" po trzydziestce. Występuje tu parę razy słowo na "k", akcja jest też mało "młodzieżowa", ale przede wszystkim czuje się, że autor nie ma pusto w głowie (nie żeby młodzież miała, ale już z samej definicji nie jest przecież dojrzała). Byłam parę razy w Świnoujściu, więc to mi pewnie pomogło, ale nawet i bez tego książka jest moim zdaniem na tyle obrazowa i mocna w treści, że nie sposób sobie tu tego Świnoujścia nie wyobrażać. A wyobrazić sobie trzeba to mniej więcej tak: miasto na wyspie, odcięte w sztuczny sposób od reszty wyspy granicą z Niemcami, które co prawda tak samo jak i my są w Unii, ale i tak na środku drogi widnieje szlaban, którego nie da się przekroczyć samochodem (dla bohaterów książki czytaj: nie da się uciec) - słowem klapa. Z resztą świata natomiast można się witać jedynie po odbyciu przeprawy promowej: często w towarzystwie, które niekoniecznie jest człowiekowi miłe... Na promie jest ciasno, samochody stoją jeden obok drugiego i pozostaje tylko przyglądać się sobie nawzajem i... knuć. Czy już poczuliście klaustrofobię? Chwała autorowi za to, że umiał w topografii Świnoujścia odnaleźć ten sensacyjny potencjał. Nagle powiało chłodem ze Świnoujścia, strach się bać! Jasne, nie wszystko jest takie idealne. Co tu dużo gadać: sama akcja mogłaby być lepsza. Tzn. jaka? Bardziej pomysłowa, trochę już mi za dużo było tych "zbiegów okoliczności" a historie z babcią i dziadkiem też jakoś mnie nie do końca przekonały (może tylko za krótko były opisane?). Osobiście wolałabym więcej mroku a mniej sensacji i krwi, ale wiecie co? Sama akcja może mieć poboczną rolę, choć teoretycznie głównie o nią tu chodzi. Dla mnie jednak bardziej istotne były relacje Larsa z Mateuszem, nawiązania do muzyki i literatury oraz psychologia postaci samych w sobie. Że tak zabawię się słowami: interesowały mnie reakcje bohaterów na akcję, która zresztą w dużej mierze dzieje się wbrew ich woli. No i warto dodać, że autor potrafi rozbrajać, co sądzicie np. o tym: "I to już naprawdę wszystko. Przydałaby się jeszcze jakaś piosenka na koniec. Wiem, że nie ma ścieżek dźwiękowych do książek, ale co z tego?". Dokładnie: co z tego, no to najwyższy czas by się pojawiły! Jestem za synestezją sztuk. Zresztą może powstanie kiedyś z tego słuchowisko. A, no i książka ma oczywiście potencjał filmowy, tylko jeśli mogę być mądrzejsza "od kury" (tak naprawdę to oczywiście nie jest Pan kurą panie Bartku, to przecież jasne): to dla mnie nie płaski Quentin Tarantino, to raczej David Lynch pomieszany z Jonathanem Carrollem. I jeśli to niejednoznaczne, to wyjaśniam, że to ma być komplement. Atmosfera grozy na prowincji - bez obrazy za tę prowincję, sama pochodzę ze Szczecina, to jak powszechnie wiadomo też nie pępek świata - powiązana z elementami "magii" przypomina mi "Twin Peaks"; psy znające się na ludziach i wizjonerskie sny to jakby żywcem wzięte z Carolla... A co do "patriotyzmu lokalnego" to bardzo mi się podoba, każdemu z nas dobrze by zrobiła jego zdrowa odmiana. A podobieństwo głównego bohatera do autora (wiek, pisanie książki, miejsce zamieszkania itd.) dodatkowo trzymała w napięciu: ulegamy złudzeniu, że historia zdarzyła się naprawdę. A może ona rzeczywiście...? Miłej lektury!