Nigdy jeszcze nie całowałem tak zmysłowych i delikatnych ust. Jeśli wcześniej nie wiedziałem, jak to jest być w siódmym niebie, to właśnie tego wieczoru zostałem olśniony. Byłem największym szczęściarzem jakiego można sobie wyobrazić – początek sierpnia, cieplutko, Świnoujście, najpiękniejsza plaża na polskim wybrzeżu, na plaży najpiękniejsza dziewczyna jaką znałem, właścicielka tych niesamowitych ust, a do tych ust przyklejony ja.

    Moje ręce, równie szczęśliwe, wędrowały sobie po najbliższych okolicach, którym, w przeciwieństwie do plaży daleko było do płaskości. W sumie to nie panowałem nad rękoma, cały mój organizm zawarł tej nocy przymierze i każda jego cząstka cieszyła się na własną hm... rękę, maksymalnie wykorzystując zaistniałą sytuacją. A ja mogłem na razie spokojnie skupić się na tych cudownych ustach. Właśnie dlatego początkowo nie zwracałem uwagi na moją prawą rękę. Dopiero kiedy powoli zaczęły do mnie docierać urywki rzeczywistości, jak przez gęstą mgłę poczułem, że coś tu jest nie tak.

 

***

  

    -To ci się powinno spodobać – wyciągnął z półki gruby egzemplarz i podał mi. – Nie patrz na grubość, szybko się czyta.

    -Okej – wziąłem książkę i obejrzałem okładkę. – Dżejms Jo... Jojs?

    -Dżojs. Dżejms Dżojs. Ulisses. Świetna książka, nie słyszałeś o niej?

    -Nie. To o tym amerykańskim okręcie?

    -Nie – roześmiał się Lars. – To opis życia w dawnej Irlandii. Wszystko się dzieje w ciągu jednego dnia. Mówię ci, fajne klimaty.

    -O Irlandii? – ucieszyłem się. - Ja właśnie zastanawiam się czy tam nie wyjechać. Kumpel mnie namawia.

    -No widzisz jak ci dobrze wybrałem! Możesz ją pożyczyć, tylko nie trzymaj długo, bo często wracam do tej książki.

    -Dobrze. Dzięki Lars.

    Kurcze – pomyślałem – jednak fajny z niego gość jak go bliżej poznać.

    Wychodząc, ze zdziwieniem stwierdziłem, że samochód Roksany zniknął. Westchnąłem ciężko i poczłapałem powoli do domu, zastanawiając się co począć dalej z tym tak ciężko rozwijającym się uczuciem.

 

***

    Obiegłem budynek dookoła i znalazłem się na wjeździe dla samochodów. Zbliżyłem się do krańca domu i już miałem wyjrzeć ale szybko cofnąłem głowę. Jakiś instynkt kazał mi położyć się na ziemi i dopiero wtedy spojrzeć znowu. Ostrożnie wyjrzałem zza rogu.  Roksana wrzucała akurat na tylne siedzenie swojego matiza ciemny koc i dużą pustą sportową torbę. Nie umknęło mojej uwadze, że wygląda ślicznie, ale byłem na nią zbyt wściekły, żeby się tym zachwycać. Potem podeszła do bramy jednego z garaży. Otworzyła ją kluczami i zniknęła w środku.

    Błyskawicznie podjąłem decyzję. Podbiegłem do samochodu i wlazłem do środka. Z trudem wcisnąłem się między tylną kanapę a przednie fotele i przeklinając koreańską motoryzację skuliłem się na podłodze i nakryłem kocem. Zastanawiałem się czy dobrze robię; może powinienem po prostu z nią porozmawiać. Ale po namyśle stwierdziłem, że wolę się przekonać co ona kombinuje.

    Usłyszałem, że zamyka garaż i zamarłem bez ruchu. Podeszła do auta; nagle poczułem mocne walnięcie w głowę i usłyszałem głośny pusty huk. Gdybym nie był pod kocem to na pewno pociemniałoby mi przed oczami. Syknąłem z bólu i czekałem aż zdejmie koc. Byłem pewien, że mnie odkryła, ale ona zamknęła tylne drzwi i wsiadła za kierownicę. Usłyszałem jej śmiech.

    -Zupełnie jakby ktoś walnął Larsa w jego pusty łeb – chichotała.