Opowiadanie jest oparte na faktach.

 

2004-11-09

„Lepsze niż alka prim”

    Jak na początek listopada słonko świeciło dość przyzwoicie. Ale nie na tyle żeby człowiek skakał ze szczęścia. Mimo to postanowiłem wycisnąć z tego dnia jak najwięcej radości. Około południa zapakowałem psa do malucha i pojechałem po Szymona.

    Od razu było widać, że jest skacowany, ale nie dał się długo namawiać, zwłaszcza, że przedmiotem namowy była jego ukochana plaża. Wiedziałem, że wczoraj gdzieś w plenerze odbyło się pożegnanie Miłosza, który wyjeżdżał posquotować w Londynie. Też byłem zaproszony, ale nie lubię tego gówniarza, więc czwartkowy wieczór spędziłem w swoim pokoju w towarzystwie Johna Updike’a i chłopaków z Sum 41.

    -Nawet nie wyobrażasz sobie jak mnie boli łeb – wystękał Szymon. – Ale na plażę zawsze chętnie się wybiorę, to lepsze niż alka prim.

    Fazi musiał zostać w domu, bo stosunki między naszymi psami nie były zbyt przyjazne. Szczerze mówiąc te dwa boksery nienawidziły się jakby były ludźmi a nie zwierzętami. Szymon miał smutną minę, ale nie miałem wyrzutów sumienia, bo wiedziałem, że Roksana jest w weekend na wyspie i zajmie się psem lepiej niż jej brat.

    Odczekałem na zewnątrz auta, aż Kanabis przywita się z Szymonem, bo w ciasnym maluchu przypominało to małą orgię, w której nie miałem zamiaru uczestniczyć. Najpierw pojechaliśmy do sklepu po śniadanie – dwa kartoniki kwaśnego mleka, kabanosy z dzika i bułeczki. Potem już nic nie zatrzymało nas w drodze na plażę – no prawie nic, bo maluch krztusił się co kilkaset metrów. Raz Szymon musiał przepchać auto przez skrzyżowanie, ale poza tym, że omal nie wypluł płuc razem z sercem, wszystko było w normie i wkrótce dotarliśmy do celu.

    ­-Kurwa... Lars... – sapał Szymon idąc w stronę promenady – jak nie naprawisz tego rupiecia to więcej w niego nie wsiadam... obiecuję!

    -To nie jest rupieć – odparłem – to tylko kwestia przeczyszczenia gaźnika.

    Zignorował moją odpowiedź, bo już był zajęty lustrowaniem promenady. Kiwał przy tym z uznaniem głową. Nieliczne ludzkie sylwetki spacerujące po okolicy najwyraźniej przypadły mu do gustu.

    -Popatrz tylko – uśmiechnął się.- Czy tak nie jest lepiej? Mamy prawie całą promenadę dla siebie. Nie ma durnej muzyki lecącej z każdego możliwego miejsca, nie ma tłumu spoconych ludzi jedzących frytki i dreptających w tę i z powrotem. Kto w ogóle wymyślił takie coś jak frytki? Czy to ma sens żreć ziemniaki smażone w tłuszczu? Potrafisz to sobie wyobrazić?

    Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, ale zanim zdążyłem wymyślić coś sensownego naszą uwagę odwrócił niski donośny głos.

    -Ej, metale!

     W pierwszej chwili myślałem, że to nie do nas, bo już od dawna nie uważałem się za metala. Tym bardziej zaskoczony był Szymon, który słuchał tak pokręconych rzeczy, że czasem ręce mi opadały. Jednak czarne skórzane kurtki i długie włosy Szymona doskonale tłumaczyły tę „pomyłkę”. Wyraźnie zaakcentowane ostatnie „e” jeszcze brzmiało mi w uszach kiedy dojrzałem źródło głosu.

    Chwiejąc się niczym krzywa wieża w Pizie, ubrany na czarno, trzydziestokilkuletni typ machał do nas ręką. Sympatycznego wrażenia jakie sprawiała jego okrągła, jakby spuchnięta twarz nie psuł nawet lekko zamglony wzrok. Do tego czyste, krótko i równo przycięte włosy mogły sugerować, że to całkiem zwykły osobnik. Ale ja go znałem z widzenia.

    ­–Hej! – zawołał znowu.  – Można was na chwilę prosić?

    Szymon zatrzymał się zaciekawiony, ja natomiast szedłem dalej ciągnąc równie zaciekawionego psa.

    –Chłopaki, nie znaleźlibyście zbędnych pięćdziesięciu groszy?

    –Nie stary – rzuciłem krótko – nie znaleźlibyśmy.

    Widziałem, że Szymon już sięgał do kieszeni ale zawahał się słysząc moją odpowiedź.

    –Niestety… – spojrzał wstydliwie na kartonik mleka – wszystko poszło na śniadanie.

    Wiedziałem, że typ nie wierzy nam ani trochę, ale nie przejmowałem się tym. Odeszliśmy żegnani wcale nie zawiedzionym mimo wszystko uśmiechem. Kilkadziesiąt metrów dalej rozłożyliśmy się na ławeczce i zabraliśmy do jedzenia.

    –Czemu tak go zbyłeś? – spytał Szymon. – Wydawało mi się, że to jakiś ciekawy gość.

    –Masz rację, jest dość ciekawy – odparłem – ale nie mam dzisiaj klimatu na niego. Poza tym przegiął, chce kasy i jeszcze prosi żebyśmy do niego podeszli.

    –Znasz go?

    –Kiedyś z nim gadałem na jakiejś imprezie na plaży. Przyjeżdża tu parę razy w roku i mieszka w bunkrach.

    –O! To ciekawe, chętnie bym zobaczył jak tam ma, przecież teraz jest zimno i w ogóle...

    –Nie martw się, poradzi sobie. Sam bym chętnie zobaczył, gdyby nie wiązało się to z nawiązaniem bliższej znajomości, nie mam ochoty być jego kolegą.

    –Nieładnie Lars – Szymon pokręcił głową – skreślasz gościa tylko dlatego, że…

    –Człowieku, on wciąga denaturat.

    –No coś ty? Skąd wiesz?

    –Wiem i już. Facet na bank robi sobie fioletowe drinki.

    Szymon zamyślił się żując kabanosa. Ja swoją porcją dzieliłem się z psem obserwując okolicę. Rzeczywiście brak tłumów dobrze służył krajobrazowi. Kilka miesięcy temu część promenady wyremontowano, kładąc nową kolorową nawierzchnię i dodając stylowe ławeczki, lampy i stojaki na rowery. Co prawda na dobre znikł swojski, niekomercyjny klimat, ale deptak nabrał za to dostojności, pozwalając wyciszyć się i kontemplować chwilę. Nawet chłód i wszędobylskie sterty pożółkłych liści nie psuły nam humoru.

     Po chwili sprzątnęliśmy cały bałagan jaki po nas został i udaliśmy się w kierunku najbliższego wejścia na plażę. Wokół było pusto więc puściłem psa luzem. Radośnie odbiegł w podskokach w poszukiwaniu jakiegoś kamienia. Sto metrów od nas, wyłaniały się ze skraju wydm kikuty nowo budowanych apartamentowców.

    –Chodź Szymon – powiedziałem – obejrzymy sobie co oni tu kombinują.

    Od dawna nie podobał mi się pomysł niszczenia wydm, ale szczerze mówiąc moja niechęć wynikała po części z zazdrości. Z niesmakiem rzuciliśmy okiem na budynki i kręcących się po nich robotników a potem wpatrzyliśmy się w ogromną tablicę przedstawiającą plan budowy – dla nas obraz nędzy i rozpaczy. Bezlitośnie pokazywał on wydmy, służące nam tyle razy jako miejsce uroczych imprezek, pochłonięte przez kilkanaście budynków, hotel i centrum handlowe. Szymon westchnął ciężko.

    –Chciałbyś tu mieszkać? – Spytał cicho. - Bo ja nie. W sezonie pierdolca bym dostał przez tych wszystkich ludzi dookoła.

    Wiedziałem, że kłamie. Mieszkać dwadzieścia metrów od plaży to było jego marzenie, i nawet sezon by mu nie przeszkadzał, bo przez dziesięć miesięcy i tak miałby spokój.

    –Nie martw się – poklepałem go po ramieniu – kiedyś będzie nas stać żeby tu zamieszkać.

    –Wiem – uśmiechnął się wesoło.

    Nagle tuż za nami zahuczał znajomy głos i obaj podskoczyliśmy wystraszeni.

    –Na co patrzycie, chłopaki?

    Amator fioletowego napoju wpatrywał się zza naszych ramion w tablicę ćmiąc końcówkę papierosa.

    –Budują? – dodał.

    –Budują – potwierdziłem.

    –Budują – potwierdził Szymon – ale wcale nam się to nie podoba.

    Nieznajomy pokiwał ze zrozumieniem głową i zanurzył wzrok w trzymanych przez nas opakowaniach kwaśnego mleka.

   –A co tam macie? – zaciekawił się. – Kefirek?

   –Aha – przytaknął Szymon.

   –Kefirek! Ha! Ha! Ha! – wybuchnął głośnym, rytmicznym śmiechem do złudzenia przypominającym rechot Fantomasa.

    Nie widziałem nic specjalnie śmiesznego ani w moim mleku, ani w mleku Szymona, ale typ śmiał się tak serdecznie, że po chwili obaj do niego dołączyliśmy.

    –To prawda, że mieszkasz na bunkrach? – zagadał Szymon. – Jak tam jest?

    Początkowa niechęć całkowicie się ze mnie ulotniła, więc z przyjemnością przysłuchiwałem się pogawędce. Pies jednak się niecierpliwił więc po chwili powiedziałem, że musimy iść dalej i pożegnaliśmy się z tym ciemnym (z racji ubrania), aczkolwiek sympatycznym typem. Żałowałem, że nie wspomniał jeszcze raz o zbędnych pięćdziesięciu groszach, bo byłem skłonny wyszperać jakieś drobne, a nie chciałem sam się narzucać. Odchodząc odwrócił się jeszcze w naszą stronę, uniósł prawą rękę składając palce w „diabełka” i uśmiechnął się.

    -WADER – wymruczał głośno.

    Na chwilę mnie zatkało, już zapomniałem, że on uważa nas za metalowców, ale to był fajny gest, nawet jeśli my nie słuchaliśmy „VADERA”. Wymamrotałem „Na razie”, a Szymon machnął mu przyjaźnie ręką. Gość oddalił się wolno w stronę lasu na końcu promenady, a we mnie zatliła się nadzieja, że jeszcze kiedyś go spotkam.

    Zanurzając się w wejście prowadzące na plażę chichotaliśmy na wspomnienie tego jego śmiechu, i „wadera” - nie „wejdera” ale właśnie „wadera”. Pies nie czekając na nas pognał radośnie do przodu sypiąc piachem na wszystkie strony. Po chwili zniknął za piaszczystą górką odgradzającą nas od widoku wody.

    Dla mnie każdorazowe wejście na plażę to fajna sprawa - już z daleka wypatruję ciemnego koniuszka morza, które z każdym krokiem coraz bardziej wyłania się zza wzniesienia, rozlewając się szeroko po horyzoncie. Jeszcze kilkanaście metrów pod górkę, wody coraz więcej i nagle z dołu widok wypełnia się jasnym, czystym piaskiem. Całą masą jasnego, czystego piasku. W tym momencie radosne ciarki wędrują sobie po plecach już na całego, a twarz sama nieświadomie rozjaśnia się uśmiechem. Na szczycie drogi zawsze się zatrzymuję, ogarniam wzrokiem wszystko dookoła i witam się z plażą szepcząc ciepłe słowa.

    Czasami widoczność jest kiepska, wzrok ledwo sięga krańców piasku i nawet nie widać falochronu z Wiatrakiem. Ale przeważnie bez problemów można popatrzeć na niemiecką część wyspy po lewej stronie, Międzyzdroje po prawej i dalekie statki na redzie. Niemal za każdym razem widok jest inny – inny odcień nieba, wody, piasku i drzew wypełniających wydmy. Za każdym razem gra kolorów wyciska ze mnie cichy jęk zachwytu. Nieważna pora roku – czy pada deszcz, czy leży śnieg, za każdym razem nie mogę nasycić się widokiem, którym niestety nie da się napatrzeć na zapas.

     Potem patrzę na psa pędzącego z całych sił przed siebie, jakby to był najszczęśliwsza chwila w jego życiu. Bo to jest najszczęśliwsza chwila w jego życiu. I w moim też. Czasem dobiega do wody chlapiąc się chwilę na brzegu, czasem robi skręt w połowie plaży i wraca do mnie omal nie zwalając mnie z nóg jeśli nie zdążę się odsunąć. Nie mam mu tego za złe i chętnie upadam w piasek, łapię go w biegu i tarzam się z nim do utraty tchu. Potem leżę bez ruchu oblepiony piachem zmieszanym ze śliną mojego boksera i cieszę się z tego. I chcę żeby tak było zawsze.

    Tym razem obyło się bez szaleństw, ale w duchu obaj cieszyliśmy się jak dzieci, że możemy tu być. Wszyscy trzej się cieszyliśmy, bo Kanabis ganiał w kółko jak wariat wykopując doły w poszukiwaniu czegoś, o czym tylko on wiedział. Nie wchodziliśmy daleko, stanęliśmy przy ławeczce ustawionej przy wejściu. Szymon biegał za psem, dopadał do niego i razem kopali kolejny dół prześcigając się w sypaniu piachem. Pies tylko dyszał radośnie, za to Szymon głośno i dość agresywnie warczał poszczekując co chwila. Zdziwiłem się skąd u niego tyle energii, ale cieszyłem się, bo mogłem spokojnie stać z boku chłonąc krajobraz.

      Tego dnia nieprzeniknione, niemal czarne morze podkreślało czystość piasku. Na tle ciemnego nieba, wysokie na kilka kilometrów chmury kłębiły się nad plażą niby gigantyczna sterta świeżo zebranej bawełny. Wyglądały jakby miały za chwilą runąć wprost do morza zalewając nas spienioną, słoną falą. Ale nie bałem się. Czułem, że jesteśmy tu bezpieczni. Było mi dobrze, mimo, że gdzieś głęboko znowu zatliła się tęsknota, żeby cieszyć się takimi chwilami z ukochaną dziewczyną. Ale wiedziałem też, że będę. Może już niedługo.

      Miałem ochotę zapalić papierosa, ale niestety (lub na szczęście) nie mieliśmy żadnych. Usiadłem na ławce i patrzyłem w wodę. Po chwili Szymon dołączył do mnie, a pies kręcił się wkoło szurając zapiaszczoną mordą po piachu. Szymon dyszał zmęczony, ale aż kipiał satysfakcją.

    -Jest zajebiście! Ale, psiakrew… – wysapał łapiąc się za lewy bark – coś mnie boli od pchania twojego malucha.

    -Uuuu, to pech – roześmiałem się – bo zaraz pewnie znowu będziesz musiał go pchać.

    -O nie mój drogi! Z powrotem ja prowadzę!

    -Dobrze, dobrze – uspokoiłem go. – Chodź, zbieramy się. Zaczyna szronić.

    Rzeczywiście zrobiło się chłodno, zwłaszcza, że ja ciągle stałem w miejscu. Powoli i niechętnie ruszyliśmy do wyjścia. Tam zatrzymaliśmy się, żeby jeszcze raz spojrzeć na morze. Pożegnałem się w duchu z plażą dziękując za spędzone tam chwile. Zawsze tak robię. Szymon zaczerpnął głęboko powietrza i westchnął z radością.

    -Ach! To rzeczywiście lepsze niż alka prim, alka seltzer i wszystkie te środki na kaca razem wzięte!

    -Jest dokładnie jak mówisz, Szymon – uśmiechnąłem się.

    Do domu dotarliśmy już  bez problemów, auto nie robiło niespodzianek, pewnie dlatego, że nie ja prowadziłem. Tego dnia już nic ciekawego się nie działo. Była sobota, ale nawet nigdzie nie wyszliśmy wieczorem. Mimo to, jestem pewien, że był to jeden z tych dni, których nigdy nie zapomnę.