Opowiadanie jest  oparte na faktach.

 

2004-11-13

Jak Szymon pomylił słońce z księżycem.

 

    Popijaliśmy grzane piwo z sokiem, co szło nam dość szybko, gdyż było bardzo zimno. W Keji co prawda była wolna kanapa, i to przy samym kominku, ale gwarliwa grupa okupująca większą część lokalu skutecznie nas do niej zniechęciła. Dwa drewniane krzesła przytulone do małego okrągłego stolika na zewnątrz, w pełni zaspokoiły nasze potrzeby. Siedzieliśmy w milczeniu obserwując ludzi spacerujących alejką prowadzącą do plaży.

    Na promenadzie, mimo 11 listopada, dnia wolnego od pracy, nie było tłoku. Ale było dopiero południe, no i pogoda nie sprzyjała spacerom – podobna do dymu mgła zasłoniła plażę i niebo nad całym miastem. Właśnie mijała nas całkiem normalna rodzina - kobieta z potępieniem spojrzała na szklanki wypełnione dymiącym złotym płynem, za to oczy męża trzymającego ją pod ramię wyraźnie błysnęły zazdrością. Idące tuż za rodzicami dwie nastolatki ciekawie zerknęły w naszą stronę. Uśmiechnąłem się, ale one patrzyły na Szymona. Ten jednak nie zwrócił na nie uwagi, bo mrużąc oczy wpatrywał się w górę.

    –Zobacz – kiwnął głową – widać księżyc.

    Podążyłem za jego gestem. Rzeczywiście, zza jasnych chmur i szybko przemieszczającej się ciemnej mgły niepewnie wyglądał biały okrąg. Znikał co chwila i pojawiał się, próbując bezskutecznie przebić ku Ziemi. Umysł chyba poddał się już działaniu grzańca, bo dopiero po kilku minutach coś zaczęło do mnie docierać.

     Akurat chmury się przerzedziły i kula na niebie rozjaśniła się prawie do białości. Odrobina ciepła dotarła na dół, prosto do naszych zmarzniętych twarzy.

    –Wiesz co, Szymon – przełknąłem piwo i przechyliłem głowę – to chyba nie jest księżyc…

    Spojrzał na mnie krzywiąc się, jakby nie wiedział o co chodzi. Potem zerknął w górę, i znowu na mnie. Tym razem jego wzrok wypełniało rozbawienie, przechodzące powoli w niepokój.

    –He, he – zaśmiałem się leniwie. – Pomyliłeś słońce z księżycem. He, he, he…

    Szymonowi jednak nie było do śmiechu. Na serio się zaniepokoił.

    –O cholera… ­­–  szepnął. – O cholera… zdarzyło mi się to pierwszy raz w życiu. Przyrzekam!

    –Spoko – uśmiechnąłem się – przecież nic się nie stało.

    –Nic? – zdziwił się. – Człowieku, to musi coś znaczyć! Nie wolno tak po prostu mylić słońca z księżycem! Cholera jasna!

    Zbyt przyjemnie zaczął się ten dzień, i zbyt przyjemnie siedziało się przy Keji, żebym chciał zajmować się tego typu problemami. Usadowiłem się wygodniej na twardym krześle.

    –Ja bym się na twoim miejscu nie martwił.

    –Nie? – Spojrzał na mnie z nadzieją.

    –Słuchaj – wziąłem kolejnego łyka jeszcze ciepłego piwa – jeżeli to coś oznacza, to moim zdaniem tylko coś pozytywnego.

    –Mówisz?

    –Jasne, że tak! – Pokiwałem głową. – Na twoim miejscu szykowałbym się na jakąś miłą niespodziankę w najbliższym czasie.

    Szymon zamyślił się na chwilę, potem na jego twarz wrócił spokojny uśmiech.

    –I tego należy się trzymać. – Mrugnął wesoło. – Tego należy się trzymać! Dzięki, Lars!

    –Spoko – wymruczałem – od tego się ma przyjaciół.

    Uśmiechnąłem się i skierowałem wzrok na przechodzącą dziewczynę, zastanawiając się czy zamówić jeszcze po jednym grzanym piwie.